Nie pamiętam dokładnie kiedy po raz pierwszy usłyszałem słowo whisky,
ale musiało to być jeszcze za dziecka.
Miałem może 10, 12 lat. Późna komuna. Wszyscy czytali wtedy komiksy z przygodami Tytusa.
To była ta księga, w której Tytus siedząc w kinie, wskakuje do kowbojskiego filmu.
Przemierzając bezdroża Teksasu czy innej Arizony odkrywa kopalnie zegarków i dorabia się fortuny.
Przełożeni w harcerstwie Romek i Atomek ruszają Tytusowi na pomoc. Odnajdują go nieźle ustawionego.
Ubrany w czarny, elegancki garnitur, z melonikiem na głowie, Tytus zaprasza na eleganckie salony.
Czego się napijecie, koniaku, whisky? pyta zdębiałych kumpli. No i tak whisky wpadło do mojej głowy.
Jako synonim luksusu, powiew Zachodu i dorosłości rodem z peweksu.Ponownie whisky pojawiła się już na studiach.Wyrastam raczej
z klimatów punkowych. Piło się cokolwiek byle czesało.No ale otoczenie średniowiecznego Krakowa i kulturalnego towarzystwa zaczynało powoli drążyć inne koleiny.
Miałem kumpla ze starej, miejscowej inteligencji. Mieszkał w zawalonym książkami, jednorodzinnym domu przy rondzie mogilskim.
Tłumaczyliśmy łacińskie teksty, słuchaliśmy muzy i gadaliśmy jak najęci. Z reguły coś piliśmy.
Ojciec kumpla bywał w szerokim świecie i przywoził z niego różne dziwne trunki.
Próbowaliśmy ich. No i tam po raz pierwszy piłem whisky. Maciek puszczał swój ukochany Marillion, przynosił dwie szerokie szklanki z lodem i...
Trunek był mocny ale aromatyczny i smakowity. Rozgrzewał, dawał delikatny, przyjemny high. Piliśmy najprostsze szkockie blendy ; Johnnie Walkera, Grantsa, Ballantains.
W tamtych czasach był to absolutny top, luksus.Ponad trzy lata temu przybyłem do Irlandii. Obok Szkocji jest to druga ojczyzna whisky.
Kilka starych, zasłużonych destylarni,
duży wybór w sklepach a do tego warunki finansowe pozwalające na eksperymenty.
Większość przybyszów adaptuje się mniej lub bardziej do alkoholowej tradycji Zielonej Wyspy.
Zamiast połówki wyborowej z sobotni wieczór butelka Jamesona, Jacka Danielsa lub Bushmillsa.
I z reguły na tym się kończy. W moim przypadku było inaczej. Picie Jamesona z colą szybko okazało się nudne.
Moje oczy zaczęły wodzić po wyższych półkach spirit departments dublińskich sklepów z alkoholem.
Nabyłem kilka zacnych butelek whisky...Czymże jest jednak jakakolwiek przyjemność lub pasja jeśli nie można jej dzielić z innymi?
Dublin wciąż jest tyglem, do którego przyjeżdżają ludzie z bardzo wielu stron.
Przez ponad trzy lata życia w stolicy Irlandii udało mi się nawiązać sporo ciekawych znajomości.
Do tej kategorii należy z pewnością relacja z grupą rodaków, na których natknąłem się jakieś dwa lata temu.
Łączy nas wiele pasji ; muzyka, literatura, podróżowanie. Ogólna ciekawość świata i skłonność do refleksji.
Spotykaliśmy się od czasu do czasu i zawsze były to ciekawe chwile. Jakiś rok temu zaproponowałem zrzutkę na pożądną butelkę whisky.
Ot tak żeby okrasić czymś spotkanie. Pomysł się spodobał, wszyscy połknęliśmy haczyk. Już na drugim lub trzecim testingu powstała idea powołania do życia klubu whisky.
Jesteśmy grupą ludzi, których wiele łączy. Teraz dzielimy również pasję dla zacnych trunków.
Nie jesteśmy jednak bandą starych pryków, którzy wbici w smokingi, ziewając chyłkiem, prowadzą nudnawe dyskusje.
Jesteśmy inni i chcemy czegoś innego. Doceniamy klasę, poziom i szyk czego wybornym symbolem jest butelka dobrej whisky.
Reprezentuje ona tradycję, historię i kulturę. Nie chcemy jednak rezygnować z rewolucyjności, skrajności i odjazdu.
Pragniemy połączyć klasycyzm trzydziestoczteroletniej whisky z Dancan Taylor z black metalem i liryką poetów przeklętych.
Dlatego nad działaniami naszego klubu piecze trzyma Charles Bukowski.Mistrz dosłowności, naturalizmu i autentyczności.
Jego literatura ukazująca rzeczywistość w całym jej syfie i w całym jej pięknie jest taka jak nasze życie i pokrywa się z naszym doświadczeniam.Nasze spotkania nie są imprezami dla starszych panów, nasze spotkania to sabat, na którym zdażyć może się wszystko (a na pewno znajdzie się butelka dobrej whisky)!!